wtorek, października 03, 2006

 

w drodze nad morze

Drugim takim miejscem gdzie byliśmy dwa dni było Soczi. Nie dość że jechaliśmy tam okrutnie długo... mieliśmy jechać 300 km a zeszło nam się cały dzień. W drodze było ślicznie, no i piekielnie gorąco, ale czego się spodziewać skoro to już było Morze Czarne. Szukaliśmy kempingu ale jak to w Rosji... nie znaleźliśmy.

 

dzien odpoczynku cd.

Z tym miejscem kojarzy mi się kilka ciekawych historii:
- tutaj chłopaki przelewali oleje z butelek d mniejszych butelek i potem jeszcze do innych tylko po to by w końcu nie mieć gdzie je wywalić. Czy ja już mówiłam że w Rosji nie jest łatwo o śmietniki w sensie koszy (bo śmietniki są organizowane samoczynnie wszędzie gdzie pojawiają się Rosjanie – parkingi i pobocza dróg to faktycznie ciężko nazwać inaczej niż śmietnikiem)


- tutaj przeprowadziliśmy negocjacje dot. mycia się, po czym pozostawiając nasz dobytek poszliśmy na drugą stronę bagna w poszukiwaniu zejścia do wody

- tutaj też zorientowałam się że dość szybko kończy nam się niezwykle kluczowy towar jakim był papier toaletowy

- tutaj poznałam nowe jakież piękne wyrażenie „priekrasnaja skorupa” – Paweł oczarowawszy Rosjanki z pobliskiej wioski został mianowany ową nazwą, on albo jego kask... tego niestety się już nie dowiemy. Panie za to oczywiście wiedziały wszystko i na odpowiedź ze jesteśmy z Polski, z dumą odpowiedziały że one tak właśnie dumały

- tutaj zostaliśmy objedzeni ze sporych zapasów przez ... mrówki które dość skutecznie zajęly się konsumowaniem pysznego podobno chleba, kiełbasy i nawet pachnącego sera ;(

- tutaj zdarzyło się jeszcze parę rzeczy – ale to pewnie dlatego że spędziliśmy tu najwięcej czasu spośród całej naszej wyprawy.


 
Wracając do opowieści o Wołgogradzie, po długiej akcji opuszczania miasta wyjechaliśmy... w złym kierunku. Po 20 km i braku stacji benzynowych ani jakichkolwiek symptomów życia turystycznego, wróciliśmy do trasy na Eliste. W międzyczasie co prawda skręciliśmy ku bezdrożom celem znalezienia noclegu. Tam wszędzie jednak były elektrownie i zakłady przemysłowe – nie byliśmy jeszcze tak zdesperowani by spać pośród kominów przemysłowych.

Ten dzień jak się miało później okazać, nie miał się skończyć zbyt szybko. Byliśmy zmęczeni całodziennym poszukiwaniem oleju, a przed nami była jeszcze decyzja o miejscu do spania. Po przejechaniu kolejnych 100 km i braku stacji benzynowej czy przydrożnego sklepu, nie wspominając o hotelu czy jeziorze nad którym moglibyśmy się rozbić, mieliśmy pomysł na obozowanie na pastwisku dla krów.

Po krótkich negocjacjach ruszyliśmy dalej, i w rezultacie znaleźliśmy się w środku pożarów.
Zjechaliśmy po prostu na parking dla TIR-ów, obok którego znajdowało się jeziorko brudne okrutnie – i co ważne – zasiedlone już przez innych turystów zapewne jadących nad morze – w tych okolicach pojawiło się bowiem sporo wczasowiczowi planujących wakacje nad morzem czarnym.

Rozbiliśmy się dość daleko od drogi, dobrze ze znaleźliśmy kilka drzew bo rano się okazało ze było tam piekielnie gorąco. A gorąco mogło być już w nocy... Adam pojechał na poszukiwanie pożywienia podczas gdy my rozbijaliśmy namioty. To co odkrył Adam nie napawało nas optymizmem – brak sklepu, brak ludzi dookoła, a światła miasta okazały się być złudną nadzieją – to były pożary wokoło nas! Nigdy wcześniej nie widziałam takiej suchej ziemi, tam wszystko było wypalone, kolor zielony nie występował w tej przyrodzie. Co więcej woda nad którą się rozbiliśmy okazała się być bagnem wciągającym w siebie wszystko co próbuje się w niej zamoczyć.
Uwierzcie, umycie zębów nie było łatwe.
Nie wiem jak chłopaki dali radę domyć motocykle... podczas gdy oni walczyli w bagnie, ja pilnowałam ogniska domowego. Najpierw przed silnym wiatrem porywającym nasz dobytek, a za chwilę broniąc namioty i bagaże przed stadem owiec... nie wiem kto z nas wymyślił że w tym miejscu są tak suche ślady po łapach zwierząt że na pewno żadne się nie pojawią, to nie była prawda. Owce miały dzięki Bogu dobrego pasterza który widząc mnie przestraszoną nadchodzącymi zwierzętami, na szczęście je odgonił. Ale stracha miałam to fakt.

poniedziałek, października 02, 2006

 

dalej w połowie miesiąca


Innym miastem jakie widzieliśmy w okolicach Wołgi był Ulianowsk – w mieście tym urodził się i wychował Lenin a miasto wygląda jak jego muzeum. Dodatkowego smaku dodał
odbywający się tam festyn czy inna uroczystość na kształt pochodów z czasów sowieckich.










Tak czy inaczej, nie można odmówić temu miejscu piękna i uroku... zobaczcie jak ślicznie.

 

jakoś ok długiego weekendu sierpniowego

Pewnego dnia jadąc motorem Paweł schylił się tak że to ja byłam na przedzie motocykla.. i moje zdziwienie nie znało granic, okazało się że powietrze zamiast chłodzić, parzy! Zwykle na motorze jest chłodno, w tym przypadku było upalnie a gorące powietrze wręcz dusiło.

A wyjścia nie mieliśmy , z czasem zaczęło się robić krucho i nie mogliśmy sobie już pozwolić na kolejne postoje. Tego dnia właściwie ruszyliśmy po całodniowym postoju. Znalezienie tego miejsca okupiliśmy kilkoma przygodami:

Postanowiwszy wymienić olej w motorach po pierwszym tygodniu podróży udaliśmy się na poszukiwanie sklepu z olejami... tak tu znowu niespodzianka, sklepy z masłami są ale nie z masłami do motorów. Szukając sklepu motocyklowego byliśmy w kilku ciekawych miejscach – nocowaliśmy na czymś w rodzaju wysypiska śmieci, syf okrutny ale przekonaliśmy się o nim dopiero rano, co więcej to było na terenie jednostki wojskowej – wyglądaliśmy dość osobliwie wśród wojskowych samochodów i biegających i kryjących się żołnierzy rosyjskich. Nie wiem dlaczego nie połączyłam faktów. Przecież to powinno być jasne że to poligon skoro nawet woda w jeziorku była dziwnie zielona - rano próbowałam umyć zęby (inne części ciała dawno już wtedy zapomniały o kompleksowej kąpieli) Nie dość że na motorach po poligonie, to jeszcze z lekkim uszkodzeniem ruczki ;) ale znacie powiedzenie ze Polak potrafi, to wyobraźcie sobie co dwóch Polaków potrafi. Adam po upadku z super stromej góry (wjechaliśmy na nią oczywiście bez większego powodu... tak żeby zobaczyć co jest na górze...) i złamaniu dźwigni hamulca zabrał się za jego odbudowę...

Oczywiście nadal nie mieliśmy oleju więc pojechaliśmy do Wołgogradu – spodziewaliśmy się szybko znaleźć sklep motocyklowy a potem nieco pozwiedzać. W końcu to Stalingrad, miasto w którym rozegrała się decydująca bitwa II wojny światowej i miejsce gdzie znajduje się największy w Rosji pomnik – 72metrowa Matka Rasija. Niestety umęczeni poszukiwaniem sklepu a potem walką na zakorkowanych ulicach, Wzgórze Mamaja zobaczyliśmy tylko z daleka. A zdjęcia Wołgogradu to tylko ulice i samochody...


This page is powered by Blogger. Isn't yours?