wtorek, października 03, 2006
Wracając do opowieści o Wołgogradzie, po długiej akcji opuszczania miasta wyjechaliśmy... w złym kierunku. Po 20 km i braku stacji benzynowych ani jakichkolwiek symptomów życia turystycznego, wróciliśmy do trasy na Eliste. W międzyczasie co prawda skręciliśmy ku bezdrożom celem znalezienia noclegu. Tam wszędzie jednak były elektrownie i zakłady przemysłowe – nie byliśmy jeszcze tak zdesperowani by spać pośród kominów przemysłowych.
Ten dzień jak się miało później okazać, nie miał się skończyć zbyt szybko. Byliśmy zmęczeni całodziennym poszukiwaniem oleju, a przed nami była jeszcze decyzja o miejscu do spania. Po przejechaniu kolejnych 100 km i braku stacji benzynowej czy przydrożnego sklepu, nie wspominając o hotelu czy jeziorze nad którym moglibyśmy się rozbić, mieliśmy pomysł na obozowanie na pastwisku dla krów.
Po krótkich negocjacjach ruszyliśmy dalej, i w rezultacie znaleźliśmy się w środku pożarów.
Zjechaliśmy po prostu na parking dla TIR-ów, obok którego znajdowało się jeziorko brudne okrutnie – i co ważne – zasiedlone już przez innych turystów zapewne jadących nad morze – w tych okolicach pojawiło się bowiem sporo wczasowiczowi planujących wakacje nad morzem czarnym.
Rozbiliśmy się dość daleko od drogi, dobrze ze znaleźliśmy kilka drzew bo rano się okazało ze było tam piekielnie gorąco. A gorąco mogło być już w nocy... Adam pojechał na poszukiwanie pożywienia podczas gdy my rozbijaliśmy namioty. To co odkrył Adam nie napawało nas optymizmem – brak sklepu, brak ludzi dookoła, a światła miasta okazały się być złudną nadzieją – to były pożary wokoło nas! Nigdy wcześniej nie widziałam takiej suchej ziemi, tam wszystko było wypalone, kolor zielony nie występował w tej przyrodzie. Co więcej woda nad którą się rozbiliśmy okazała się być bagnem wciągającym w siebie wszystko co próbuje się w niej zamoczyć.
Uwierzcie, umycie zębów nie było łatwe.
Nie wiem jak chłopaki dali radę domyć motocykle... podczas gdy oni walczyli w bagnie, ja pilnowałam ogniska domowego. Najpierw przed silnym wiatrem porywającym nasz dobytek, a za chwilę broniąc namioty i bagaże przed stadem owiec...
nie wiem kto z nas wymyślił że w tym miejscu są tak suche ślady po łapach zwierząt że na pewno żadne się nie pojawią, to nie była prawda. Owce miały dzięki Bogu dobrego pasterza który widząc mnie przestraszoną nadchodzącymi zwierzętami, na szczęście je odgonił.
Ale stracha miałam to fakt.
Ten dzień jak się miało później okazać, nie miał się skończyć zbyt szybko. Byliśmy zmęczeni całodziennym poszukiwaniem oleju, a przed nami była jeszcze decyzja o miejscu do spania. Po przejechaniu kolejnych 100 km i braku stacji benzynowej czy przydrożnego sklepu, nie wspominając o hotelu czy jeziorze nad którym moglibyśmy się rozbić, mieliśmy pomysł na obozowanie na pastwisku dla krów.
Po krótkich negocjacjach ruszyliśmy dalej, i w rezultacie znaleźliśmy się w środku pożarów.
Zjechaliśmy po prostu na parking dla TIR-ów, obok którego znajdowało się jeziorko brudne okrutnie – i co ważne – zasiedlone już przez innych turystów zapewne jadących nad morze – w tych okolicach pojawiło się bowiem sporo wczasowiczowi planujących wakacje nad morzem czarnym.
Rozbiliśmy się dość daleko od drogi, dobrze ze znaleźliśmy kilka drzew bo rano się okazało ze było tam piekielnie gorąco. A gorąco mogło być już w nocy... Adam pojechał na poszukiwanie pożywienia podczas gdy my rozbijaliśmy namioty. To co odkrył Adam nie napawało nas optymizmem – brak sklepu, brak ludzi dookoła, a światła miasta okazały się być złudną nadzieją – to były pożary wokoło nas! Nigdy wcześniej nie widziałam takiej suchej ziemi, tam wszystko było wypalone, kolor zielony nie występował w tej przyrodzie. Co więcej woda nad którą się rozbiliśmy okazała się być bagnem wciągającym w siebie wszystko co próbuje się w niej zamoczyć.

Uwierzcie, umycie zębów nie było łatwe.

Nie wiem jak chłopaki dali radę domyć motocykle... podczas gdy oni walczyli w bagnie, ja pilnowałam ogniska domowego. Najpierw przed silnym wiatrem porywającym nasz dobytek, a za chwilę broniąc namioty i bagaże przed stadem owiec...
nie wiem kto z nas wymyślił że w tym miejscu są tak suche ślady po łapach zwierząt że na pewno żadne się nie pojawią, to nie była prawda. Owce miały dzięki Bogu dobrego pasterza który widząc mnie przestraszoną nadchodzącymi zwierzętami, na szczęście je odgonił.
Ale stracha miałam to fakt.